niedziela, 26 maja 2013

Zaskakujace odkrycie

Chcialabym sie czyms podzielic. W ostatnim czasie bylam w odwiedzinach u SS. Klarysek - rozmawiajac z siostra ktora do nas wyszla serce zaczelo mi mocniej bic- mimo iz, od czasu gdy opuscilam moj klasztor minelo juz prawie trzy lata - uswiadomilam sobie, ze nadal tesknie za klauzura, zdalam sobie niejako sprawe, ze to w klauzurze chce realizowac swoje powolanie do swietosci- nie wiem jak to bedzie dalej ale prosze wszystkich ktorzy ten post przeczytaja o modlitwe za mnie - abym dobrze rozeznala
Kasia

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

wystąpienie to nie koniec świata

"Bóg jest gwarancją, że w życiu się powiedzie, ale nie w taki sposób, w jaki ja to widzę".

"Nie ma przypadków, są raczej wydarzenia, w których przypada nam coś od Boga, w których coś od Boga zostaje nam dane" 
/ o.Anselm Grun /
Wystąpienie z zakonu to nie koniec świata, bardzo bym chciała, żeby ludzie to wreszcie zrozumieli. Do pierwszej profesji można wystąpił bez żadnych konsekwencji, po pierwszych ślubach  matka generalna zwalnia z nich, a po wieczystych sprawa trafia do Stolicy Apostolskiej. To tak w wielkim skrócie. Ważne, aby decyzję o opuszczeniu zgromadzenia podejmować w wolności i na modlitwie. Pierwszy okres formacji służy temu, by człowiek przyjrzał się z bliska życiu wspólnoty i swoim własnym motywacjom, aby poznał lepiej siebie, swoje pragnienia, cele itd. Oczywiście, zazwyczaj ktoś, kto wstępuje do zakonu ma w sercu ( a przynajmniej powinien mieć ) przekonanie, że to już na zawsze, ale prawda jest taka, że często życia weryfikuje poglądy i czasem droga  - ta jedyna i wymarzona - okazuje się zbyt trudna lub prowadzi nie tam, gdzie by się chciało. Innymi słowy, wystąpienia z zakonu to coś naturalnego, choć głośno się o tym nie mówi, a osoby, które odeszły ze wspólnot często stają się obiektami niezdrowego, wścibskiego zainteresowania. Sama ostatnio tego doświadczyłam, choć minęło już parę lat od mojego wystąpienia i pytań o życie w zakonie spodziewałam się raczej zaraz po wystąpienia. Zapytały mnie o pobyt w zakonie dwie osoby. Pierwsza z nich to kasjerka w supermarkecie, znana mi od szkoły średniej, której nie darzę sympatią. Druga, to kobieta ok. 40 - letnia, poznana w pracy. Kasjerkę "spławiłam", bo z ludźmi jej pokroju nie chcę mieć nic wspólnego. Z drugą panią trochę o tym porozmawiałam, opowiadałam o pewnych rzeczach, inne wyjaśniałam i prostowałam, ale nie wchodziłam w szczegóły, bo wydaje mi się, że jednak klauzurę trzeba uszanować i można uchylić w opowieściach jej rąbek, ale z rozwagą.

niedziela, 31 marca 2013

Pewna rozmowa




 
Pna rozmowa przypomniala mi o istnieniu tego bloga, nie uzupelniany dawno- ale po tej rozmowie mysle ze to sie zmieni. Rozmowa brzmoala mniej wiecej tak:
-Nikt nie jest w stanie zrozumiec tego co teraz czuje cos rozrywa moja dusze, a ja caly czas mam pustke, nic kompletnie nic nie czuje chce mi sie spac, boje sie myslec a jak tylko ktos wspomina o zakonie oczy napelniaja sie lzami, jak mam wytlumaczyc innym to czego nie da sie wytlumaczyc
- Ja Cie rozumiem, wiem co czujesz, przeszlam przez to samo, ciezko bylo sie pozbierac a jednak w pewnym momecie pomimo bolu trzeba bylo wstac i isc do przodu, u mnie minelo juz dwa lata od kiedy odeszlam z Zakonu a nadal nie jest to da mnie latwy temat
-Ja nie dam rady zapomniec, jak moglabym wymazac z zycia ten czas
-To Prawda zapomniec sie nie da, ale mozesz i powinnas zyc dalej, patrzec w przyszlosc z optymizmem, mozesz w zyciu teraz wykorzystac to czego nauczylas sie w zakonie
 
Rozmowa jeszcze sie toczyla i uswiadomilam sobie dzieki niej, ze ten blog rzeczywiscie jest potrzebny.
 Kasia


sobota, 15 września 2012

myśl

Wydaje mi się, że im mniej radykalizmy we wspólnotach zakonnych tym gorzej. Im mniej wierności ślubom i troski o życie duchowe  tym trudniejsze życie we wspólnocie i co raz mniej powołań...

wtorek, 14 sierpnia 2012


Dziś wspomnienie Św. Maksymiliana Marii Kolbego- który z rąk Matki Bożej przyjął dwie korony- koronę chwały i koronę męczeństwa- dla mnie ten Święty zakonnik to wzór, szaleniec Niepokalanej........ A jaki jest Wasz wzór do naśladowania??? 


Dziś gdy zastanawiałam się co napisać, przyszło mi na myśl aby przekazać Wam, że jestem szczęśliwa, nie żałuję czasu który spędziłam w klasztorze, nie żałuję również, że z niego odeszłam. "Bóg czyni wszystko we właściwym czasie" te słowa są mocne bo mi czasem wydaje się, że nie wszystko układa się tak jak powinno a jednak patrząc z perspektywy czasu widzę, że wszystko co się wydarzyło w moim życiu, zarówno te trudne jak i te radosne chwile były mi bardzo potrzebne i wydarzyły się we "właściwym czasie". 


środa, 4 lipca 2012


To zdanie po odejściu z klasztoru usłyszałam od pewnej osoby którą bardzo cenię- dzięki nim się opamiętałam. Te słowa wydają się takie normalne a jednak wtedy miały dla mnie ogromne znaczenie sprawiły, że na prawdę otarłam łzy i z ufnością w to, że Bóg jest Miłością wkroczyłam w życie poza Wspólnotą. Nie becz tylko ufaj te słowa dziś kieruje do każdej dziewczyny która po odejściu z klasztoru przeżywa chwile załamania- Bóg jest Miłością i pragnie abyśmy byli szczęśliwi!!!
Kasia

wtorek, 3 lipca 2012


Kiedy zobaczyłam to zdjęcie pomyślałam właśnie tak czułam się odchodząc ze Wspólnoty- właśnie tak było :)- czułam lęk i strach nie wiedziałam co mnie czeka. 
Kasia

sobota, 30 czerwca 2012

Tak sobie myślę!!!



Od czasu gdy odeszłam z klasztoru mija w tym roku 2 lata (18 listopada)- tego co czułam zaraz po odejściu raczej nie da się opisać- był to dla mnie ciężki czas (dużo spałam aby nie myśleć:) )- mimo iż o odejściu z Zakonu sama podjęłam decyzję, potem wyjechałam na trzy miesiące za granicę do mojej siostry która właśnie wtedy urodziła synka :D.  Po powrocie rozpoczęłam na nowo przerwaną naukę w liceum uzupełniającym (przerwałam wstępując do Zakonu) i podjęłam pracę jako opiekunka do dziecka- to pozwoliło mi wrócić do "Świata" gdyż w Zakonie był taki podział na -świat zakonny- i -inny świat- dziś widzę, że to nie było dobre bo po odejściu czułam się jakoś obco, jakoś nie z tego Świata wydawało mi się, że wszyscy patrzą na mnie jak na inną, że nikt nie może mnie zrozumieć.
Kasia. 

poniedziałek, 25 czerwca 2012

trochę o rozeznawaniu

Jak tak sobie z perspetkywy czasu patrzę na to, co kierowała mną, gdy wstępowałam to widzę, że byłam strasznie niedojrzała i tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy z tego, na czym polega życie zakonne! Nie znałam siebie, nie znałam życia ( wstąpiłam zaraz po maturze ) i nie do końca wiedziałam czego chcę od życia. Byłam zagubiona, z jednej strony cieszyłam się, że wstępują, a z drugiej coś tam w sercu mówiło, żeby tego nie robić, no, ale ja chciałam być "mądrzejsza od telewizora" i wstąpiłam. Wstąpiłam, mimo, że już w okresie aspirantury był moment, że chciałam się wycofać. Potem taki czas nastał w postulacie. Nie chcę wdawać się w szczegóły, ale przekonałam się na własnej skórze jaką krzywdę można wyrządzić komuś, gdy się przesadzi z psychologią, a za mało patrzy się sercem... Cierpiałam okrutnie, już się nawet spakowałam, tęskniłam za siostrą, która znała mnie od dawna i wiedziała o mnie wszystko. Wieczory i każdą wolną chwilę spędzałam przed Najświętszym Sakramentem, trwając sobie przy Jezusie i pisząc listy niewysłane do księdza - przyjaciela... Brr, do tej pory nie umiem spokojnie myśleć o tamtym czasie. Przetrwałam, ale zaczęłam się coraz bardziej sobie przyglądać i pytać Pana Boga czy faktycznie chce mnie w tym zakonie. Poza tym nie miałam takiego wewnętrznego przekonania, że to, co mam jest MOJE ( nie w sensie własności materialnej ). Trudno mi to ubrać w słowa, chodziło chyba o to, że czekałam na coś, na dzień w którym się obudzę i poczuję, że jestem u siebie, że tak - to jest MÓJ DOM i TUTAJ chcę zostać... Jak czytam świadectwa wielu osób konsekrowanych to tam się często pojawia stwierdzenie, że od razu wiedziały / czuły, że w danym zakonie chcą zostać, u mnie tego nie było. Już wiem, co chcę powiedzieć - w moim sercu za dużo było ZMUSZANIA SIĘ, a za mało CHCENIA. Być może wynikało to z tego, że życie zakonne mnie przerosło, tzn. było dla mnie trudniejsze niż się spodziewałam, że bedzie, a może po prostu zabrakło mi MIŁOŚCI ?
Marta

niedziela, 24 czerwca 2012


Najtrudniejsze po odejściu są pierwsze dni- tak poczucie pustki, osamotnienia, brak dzwonków, wspólnych modlitw posiłków i ogólnie Wspólnoty trzeba wracac do tzw "Świata"- a ma się poczucie porażki, klęski, pustki chce się zarazem płakać i krzyczeć a jednocześnie zapomnieć i wrócić do normalności- ja wiem to ciężki etap ale przychodzi ten moment  gdy zaczynamy brać się w garść znajdujemy prace, rozpoczynamy dalszą naukę i wchodzimy w rytmy codzienności i powoli powoli może nie zapominamy ale pozwalamy by wspomnienia nie zatruwały nam życia.
Kasia

Manipulacja

Pamiętam czas rozeznawania, co robić - wracać czy zostać we wspólnocie. Poszłam wtedy na rozmowę do kapłana, który prowadził u nas rekolekcje i opowiedziałam mu o swoich wątpliwościach, pytając jednocześnie co robić ( za niedługo miałam składać śluby ). I ten ksiądz mi powiedział, że mam się nie przejmować wątpliwościami, przystąpić do profesji i siedzieć na miejscu, bo wystąpić mogę zawsze, a teraz mam czekać. Poza tym, dodał, on nie zna ani jednej osoby, która by opuściła zakon i potem była szczęśliwa. No, takich słów to się nie spodziewałam! Nie mogłam się pogodzić z tym, co usłyszałam i po rekolekcjach poszłam z tym problemem do swojego spowiednika. Opowiedzialam mu o wszystkim, a jego odpowiedź była krótka: tamten ksiądz nie miał prawa mi czegoś takiego powiedzieć, to była czysta manipulacja. Pan Bóg nie opuszcza nikogo przez to, że się wystąpiło z zakonu, to absurd. Po to jest czas formacji początkowej, aby przyjrzeć się sobie, wspólnocie i powołaniu i rozeznawać czy to to, czy nie to. I odejścia są rzeczą naturalną. Najważniejsze jest to, aby prosić Pana Boga o prowadzenie, powierzać się Mu, szukac Go, a On zatroszczy się o całą resztę...
Nie mogę się pogodzić z jeszcze jedną rzeczą, a konkretnie z tym, że w niektórych wspólnotach zakonnych mówi się o osobach, które wystąpiły, że UMARŁY. No, ludzie kochani! To jest moim zdaniem absurd i niejako zaprzeczenie tego, że formacja początkowo służy rozeznawaniu! Postulat, nowicjat i juniorat służy właśnie temu, żeby ROZEZNAWAĆ i SZUKAĆ. Przecież gdyby było inaczej to śluby wieczyste składałoby się od razu i nikt by się nie bawił w formowanie przyszłych sióstr... Człowiek ma prawo do popełniania błędów, mało tego, one są wpisane w ludzką naturę, ale PAn Bóg pisze prosto po krzywych ludzkich liniach i potrafi wyprowadzić dobro z każdej sytuacji. Jeszcze jedna myśl - wydaje mi się, że określanie byłych sióstr jako tych, które "umarły" to po prostu nic innego jak przejaw tego, że siostry się obraziły, że ktoś się ośmielił od nich wystąpić i mają w nosie taką osobę. Wiem, brzmi to ostro, ale pewnych rzeczy nie potrafię zrozumieć... Przez jakiś czas żyło się razem, a potem nagle siostry zaczynają się zachowywać tak, jakby dziewczyny, ktora wystąpiła, w ogóle nie znały.... Smutne to, ale takie rzeczy się zdarzają, zwłaszcza wśród starszych sióśtr, jak wynika z moich obserwacji. Droga każdego czlowieka jest inna, każdy jest wolny i ma prawo do własnych wyborów czy to się komu podoba czy nie. Siedzenie w zakonie na siłę też jest bez sensu, ale kto wie ile jest takich sióstr, które zatruwają życie całej wspólnoty i swoje tylko dlatego, że nie miały odwagi odejść.. Wiem, znowu ostro to zabrzmiało, ale tak BYWA. A przecież życie w zakonie nie ma być przekleństwem tylko drogą, na której siostra osiągnie Boże Szczęście, krocząc za Jezusem.
Marta

Witam Wszystkich odwiedzających ten blog. Mam na imię Kasia mam 28 lat z których 6 lat spędziłam w klauzurowym zakonie. Decyzja o opuszczeniu Wspólnoty nie była łatwa- wiem co czuje się odchodząc z Zakonu, wiem, że zostaje w sercu pustka której nic nie jest w stanie wypełnić, że pozostaje wiele pytań bez odpowiedzi i poczucie winy( przygniatające i natrętne), wiem że chce się płakać a łez brakuje, chce się krzyczeć a gardło jest jak zasznurowane chce się porozmawiać tak po prostu a tu nikt nie wie jak z tobą rozmawiać- zadają pytania, oceniają i nikt nie wie co poradzić- zostaje się samym ze swoim problemem. Trzeba jednak zacząć żyć- trzeba przygnębienie zastąpić uśmiechem i pokazać wszystkim, że Bóg jest Miłosierną Miłością przez postawę swego życia i świadectwo wiary.

pora zaczynać

Nie wiem za bardzo jak zacząć, dlatego napiszę prosto z mostu - ten blog powstaje z myślą o osobach, które były w zakonie, ale musiały wystąpić i szukają swojego miejsca w świecie. Sama byłam w zgromadzeniu przez 3 lata i choć od mojego powrotu do domu minęło już lat 6 to jednak nie ma dnia, żebym nie myślała o swojej przeszłości, jak również i o tym, że już do końca życia będzie się za mną ciągnęła etykieta "byłej zakonnicy" czy, jak kto woli, "tej, co odeszła". Moja sytuacja życiowa jest w tym momencie ustabilizowana. Skończyłam studia, pracuję, mam gdzie mieszkać i co jeść, ale gdzieś w sercu tłucze się pragnienie, żeby wyjść na przeciw osob, które doświadczają tego, co kilka lat temu ja przechodziłam. Ciągnie mnie do takich osób... Podejrzewam, że pewnie wynika to z faktu, że do tej pory spotkałam zaledwie kilka osób, które chciały mnie zrozumieć i wysłuchać, i z którymi mogę dzielić się doświadczeniami i nie bać się odrzucenia.
Powrót do świata jest bardzo trudny, ale da się to przetrwać, najważniejsze, aby nie przejmować się ludzkim gadaniem tylko kierować głosem serca i rozumu. Bardzo ważne jest też wsparcie rodziny, przyjaciół albo innych osób bliskich sercu. I nie chodzi tu o wzniosłe gadki, banalne pocieszenia czy udawanie, że to, że się wystapiło to nic takiego... nie, nie.. Najważniejsza jest życzliwa obecność drugiej osoby i gotowość słuchania. Istotną sprawą jest także to, aby znaleźć sobie jakiejś zajęcie. Wiem, co mówię! Po wystąpieniu czułam się jak po rozwodzie. Musiałam na nowo nauczyć się mieszkać w domu i gdyby nie to, że pochłonęły mnie sprawy związane z poszukiwaniem kierunku studiów, a potem załatwiania sobie przyjęcia na niego o pewnie bym zwariowała  albo wpadła w depresję....
Nie jestem psychologiem, nie należę też do żadnej sekty, jestem katoliczką, tyle tylko, że z zakonną przeszłością. Nie zamierzam oczerniać wspólnoty, w której żyłam ani też jej idealizować. Chciałabym jednak, aby osoby myślące o wstąpieniu do zakonu miały świadomość, że w zakonnych szeregach nie żyją  idealne anioły, ale ludzie z krwi i kości, którym nieraz daleko do doskonałości i w związku z tym życie zakonne nie jest idealne.
Marta