Kasia.
Refleksje i przemyślenia istot, które opuściły zakonne mury, ale nie przestały szukać Chrystusa...
sobota, 30 czerwca 2012
Tak sobie myślę!!!
Kasia.
środa, 27 czerwca 2012
poniedziałek, 25 czerwca 2012
trochę o rozeznawaniu
Jak tak sobie z perspetkywy czasu patrzę na to, co kierowała mną, gdy wstępowałam to widzę, że byłam strasznie niedojrzała i tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy z tego, na czym polega życie zakonne! Nie znałam siebie, nie znałam życia ( wstąpiłam zaraz po maturze ) i nie do końca wiedziałam czego chcę od życia. Byłam zagubiona, z jednej strony cieszyłam się, że wstępują, a z drugiej coś tam w sercu mówiło, żeby tego nie robić, no, ale ja chciałam być "mądrzejsza od telewizora" i wstąpiłam. Wstąpiłam, mimo, że już w okresie aspirantury był moment, że chciałam się wycofać. Potem taki czas nastał w postulacie. Nie chcę wdawać się w szczegóły, ale przekonałam się na własnej skórze jaką krzywdę można wyrządzić komuś, gdy się przesadzi z psychologią, a za mało patrzy się sercem... Cierpiałam okrutnie, już się nawet spakowałam, tęskniłam za siostrą, która znała mnie od dawna i wiedziała o mnie wszystko. Wieczory i każdą wolną chwilę spędzałam przed Najświętszym Sakramentem, trwając sobie przy Jezusie i pisząc listy niewysłane do księdza - przyjaciela... Brr, do tej pory nie umiem spokojnie myśleć o tamtym czasie. Przetrwałam, ale zaczęłam się coraz bardziej sobie przyglądać i pytać Pana Boga czy faktycznie chce mnie w tym zakonie. Poza tym nie miałam takiego wewnętrznego przekonania, że to, co mam jest MOJE ( nie w sensie własności materialnej ). Trudno mi to ubrać w słowa, chodziło chyba o to, że czekałam na coś, na dzień w którym się obudzę i poczuję, że jestem u siebie, że tak - to jest MÓJ DOM i TUTAJ chcę zostać... Jak czytam świadectwa wielu osób konsekrowanych to tam się często pojawia stwierdzenie, że od razu wiedziały / czuły, że w danym zakonie chcą zostać, u mnie tego nie było. Już wiem, co chcę powiedzieć - w moim sercu za dużo było ZMUSZANIA SIĘ, a za mało CHCENIA. Być może wynikało to z tego, że życie zakonne mnie przerosło, tzn. było dla mnie trudniejsze niż się spodziewałam, że bedzie, a może po prostu zabrakło mi MIŁOŚCI ?
Marta
Marta
niedziela, 24 czerwca 2012
Najtrudniejsze po odejściu są pierwsze dni- tak poczucie pustki, osamotnienia, brak dzwonków, wspólnych modlitw posiłków i ogólnie Wspólnoty trzeba wracac do tzw "Świata"- a ma się poczucie porażki, klęski, pustki chce się zarazem płakać i krzyczeć a jednocześnie zapomnieć i wrócić do normalności- ja wiem to ciężki etap ale przychodzi ten moment gdy zaczynamy brać się w garść znajdujemy prace, rozpoczynamy dalszą naukę i wchodzimy w rytmy codzienności i powoli powoli może nie zapominamy ale pozwalamy by wspomnienia nie zatruwały nam życia.
Kasia
Manipulacja
Pamiętam czas rozeznawania, co robić - wracać czy zostać we wspólnocie. Poszłam wtedy na rozmowę do kapłana, który prowadził u nas rekolekcje i opowiedziałam mu o swoich wątpliwościach, pytając jednocześnie co robić ( za niedługo miałam składać śluby ). I ten ksiądz mi powiedział, że mam się nie przejmować wątpliwościami, przystąpić do profesji i siedzieć na miejscu, bo wystąpić mogę zawsze, a teraz mam czekać. Poza tym, dodał, on nie zna ani jednej osoby, która by opuściła zakon i potem była szczęśliwa. No, takich słów to się nie spodziewałam! Nie mogłam się pogodzić z tym, co usłyszałam i po rekolekcjach poszłam z tym problemem do swojego spowiednika. Opowiedzialam mu o wszystkim, a jego odpowiedź była krótka: tamten ksiądz nie miał prawa mi czegoś takiego powiedzieć, to była czysta manipulacja. Pan Bóg nie opuszcza nikogo przez to, że się wystąpiło z zakonu, to absurd. Po to jest czas formacji początkowej, aby przyjrzeć się sobie, wspólnocie i powołaniu i rozeznawać czy to to, czy nie to. I odejścia są rzeczą naturalną. Najważniejsze jest to, aby prosić Pana Boga o prowadzenie, powierzać się Mu, szukac Go, a On zatroszczy się o całą resztę...
Nie mogę się pogodzić z jeszcze jedną rzeczą, a konkretnie z tym, że w niektórych wspólnotach zakonnych mówi się o osobach, które wystąpiły, że UMARŁY. No, ludzie kochani! To jest moim zdaniem absurd i niejako zaprzeczenie tego, że formacja początkowo służy rozeznawaniu! Postulat, nowicjat i juniorat służy właśnie temu, żeby ROZEZNAWAĆ i SZUKAĆ. Przecież gdyby było inaczej to śluby wieczyste składałoby się od razu i nikt by się nie bawił w formowanie przyszłych sióstr... Człowiek ma prawo do popełniania błędów, mało tego, one są wpisane w ludzką naturę, ale PAn Bóg pisze prosto po krzywych ludzkich liniach i potrafi wyprowadzić dobro z każdej sytuacji. Jeszcze jedna myśl - wydaje mi się, że określanie byłych sióstr jako tych, które "umarły" to po prostu nic innego jak przejaw tego, że siostry się obraziły, że ktoś się ośmielił od nich wystąpić i mają w nosie taką osobę. Wiem, brzmi to ostro, ale pewnych rzeczy nie potrafię zrozumieć... Przez jakiś czas żyło się razem, a potem nagle siostry zaczynają się zachowywać tak, jakby dziewczyny, ktora wystąpiła, w ogóle nie znały.... Smutne to, ale takie rzeczy się zdarzają, zwłaszcza wśród starszych sióśtr, jak wynika z moich obserwacji. Droga każdego czlowieka jest inna, każdy jest wolny i ma prawo do własnych wyborów czy to się komu podoba czy nie. Siedzenie w zakonie na siłę też jest bez sensu, ale kto wie ile jest takich sióstr, które zatruwają życie całej wspólnoty i swoje tylko dlatego, że nie miały odwagi odejść.. Wiem, znowu ostro to zabrzmiało, ale tak BYWA. A przecież życie w zakonie nie ma być przekleństwem tylko drogą, na której siostra osiągnie Boże Szczęście, krocząc za Jezusem.
Marta
Nie mogę się pogodzić z jeszcze jedną rzeczą, a konkretnie z tym, że w niektórych wspólnotach zakonnych mówi się o osobach, które wystąpiły, że UMARŁY. No, ludzie kochani! To jest moim zdaniem absurd i niejako zaprzeczenie tego, że formacja początkowo służy rozeznawaniu! Postulat, nowicjat i juniorat służy właśnie temu, żeby ROZEZNAWAĆ i SZUKAĆ. Przecież gdyby było inaczej to śluby wieczyste składałoby się od razu i nikt by się nie bawił w formowanie przyszłych sióstr... Człowiek ma prawo do popełniania błędów, mało tego, one są wpisane w ludzką naturę, ale PAn Bóg pisze prosto po krzywych ludzkich liniach i potrafi wyprowadzić dobro z każdej sytuacji. Jeszcze jedna myśl - wydaje mi się, że określanie byłych sióstr jako tych, które "umarły" to po prostu nic innego jak przejaw tego, że siostry się obraziły, że ktoś się ośmielił od nich wystąpić i mają w nosie taką osobę. Wiem, brzmi to ostro, ale pewnych rzeczy nie potrafię zrozumieć... Przez jakiś czas żyło się razem, a potem nagle siostry zaczynają się zachowywać tak, jakby dziewczyny, ktora wystąpiła, w ogóle nie znały.... Smutne to, ale takie rzeczy się zdarzają, zwłaszcza wśród starszych sióśtr, jak wynika z moich obserwacji. Droga każdego czlowieka jest inna, każdy jest wolny i ma prawo do własnych wyborów czy to się komu podoba czy nie. Siedzenie w zakonie na siłę też jest bez sensu, ale kto wie ile jest takich sióstr, które zatruwają życie całej wspólnoty i swoje tylko dlatego, że nie miały odwagi odejść.. Wiem, znowu ostro to zabrzmiało, ale tak BYWA. A przecież życie w zakonie nie ma być przekleństwem tylko drogą, na której siostra osiągnie Boże Szczęście, krocząc za Jezusem.
Marta
Witam Wszystkich odwiedzających ten blog. Mam na imię Kasia mam 28 lat z których 6 lat spędziłam w klauzurowym zakonie. Decyzja o opuszczeniu Wspólnoty nie była łatwa- wiem co czuje się odchodząc z Zakonu, wiem, że zostaje w sercu pustka której nic nie jest w stanie wypełnić, że pozostaje wiele pytań bez odpowiedzi i poczucie winy( przygniatające i natrętne), wiem że chce się płakać a łez brakuje, chce się krzyczeć a gardło jest jak zasznurowane chce się porozmawiać tak po prostu a tu nikt nie wie jak z tobą rozmawiać- zadają pytania, oceniają i nikt nie wie co poradzić- zostaje się samym ze swoim problemem. Trzeba jednak zacząć żyć- trzeba przygnębienie zastąpić uśmiechem i pokazać wszystkim, że Bóg jest Miłosierną Miłością przez postawę swego życia i świadectwo wiary.
pora zaczynać
Nie wiem za bardzo jak zacząć, dlatego napiszę prosto z mostu - ten blog powstaje z myślą o osobach, które były w zakonie, ale musiały wystąpić i szukają swojego miejsca w świecie. Sama byłam w zgromadzeniu przez 3 lata i choć od mojego powrotu do domu minęło już lat 6 to jednak nie ma dnia, żebym nie myślała o swojej przeszłości, jak również i o tym, że już do końca życia będzie się za mną ciągnęła etykieta "byłej zakonnicy" czy, jak kto woli, "tej, co odeszła". Moja sytuacja życiowa jest w tym momencie ustabilizowana. Skończyłam studia, pracuję, mam gdzie mieszkać i co jeść, ale gdzieś w sercu tłucze się pragnienie, żeby wyjść na przeciw osob, które doświadczają tego, co kilka lat temu ja przechodziłam. Ciągnie mnie do takich osób... Podejrzewam, że pewnie wynika to z faktu, że do tej pory spotkałam zaledwie kilka osób, które chciały mnie zrozumieć i wysłuchać, i z którymi mogę dzielić się doświadczeniami i nie bać się odrzucenia.
Powrót do świata jest bardzo trudny, ale da się to przetrwać, najważniejsze, aby nie przejmować się ludzkim gadaniem tylko kierować głosem serca i rozumu. Bardzo ważne jest też wsparcie rodziny, przyjaciół albo innych osób bliskich sercu. I nie chodzi tu o wzniosłe gadki, banalne pocieszenia czy udawanie, że to, że się wystapiło to nic takiego... nie, nie.. Najważniejsza jest życzliwa obecność drugiej osoby i gotowość słuchania. Istotną sprawą jest także to, aby znaleźć sobie jakiejś zajęcie. Wiem, co mówię! Po wystąpieniu czułam się jak po rozwodzie. Musiałam na nowo nauczyć się mieszkać w domu i gdyby nie to, że pochłonęły mnie sprawy związane z poszukiwaniem kierunku studiów, a potem załatwiania sobie przyjęcia na niego o pewnie bym zwariowała albo wpadła w depresję....
Nie jestem psychologiem, nie należę też do żadnej sekty, jestem katoliczką, tyle tylko, że z zakonną przeszłością. Nie zamierzam oczerniać wspólnoty, w której żyłam ani też jej idealizować. Chciałabym jednak, aby osoby myślące o wstąpieniu do zakonu miały świadomość, że w zakonnych szeregach nie żyją idealne anioły, ale ludzie z krwi i kości, którym nieraz daleko do doskonałości i w związku z tym życie zakonne nie jest idealne.
Marta
Powrót do świata jest bardzo trudny, ale da się to przetrwać, najważniejsze, aby nie przejmować się ludzkim gadaniem tylko kierować głosem serca i rozumu. Bardzo ważne jest też wsparcie rodziny, przyjaciół albo innych osób bliskich sercu. I nie chodzi tu o wzniosłe gadki, banalne pocieszenia czy udawanie, że to, że się wystapiło to nic takiego... nie, nie.. Najważniejsza jest życzliwa obecność drugiej osoby i gotowość słuchania. Istotną sprawą jest także to, aby znaleźć sobie jakiejś zajęcie. Wiem, co mówię! Po wystąpieniu czułam się jak po rozwodzie. Musiałam na nowo nauczyć się mieszkać w domu i gdyby nie to, że pochłonęły mnie sprawy związane z poszukiwaniem kierunku studiów, a potem załatwiania sobie przyjęcia na niego o pewnie bym zwariowała albo wpadła w depresję....
Nie jestem psychologiem, nie należę też do żadnej sekty, jestem katoliczką, tyle tylko, że z zakonną przeszłością. Nie zamierzam oczerniać wspólnoty, w której żyłam ani też jej idealizować. Chciałabym jednak, aby osoby myślące o wstąpieniu do zakonu miały świadomość, że w zakonnych szeregach nie żyją idealne anioły, ale ludzie z krwi i kości, którym nieraz daleko do doskonałości i w związku z tym życie zakonne nie jest idealne.
Marta
Subskrybuj:
Posty (Atom)



