poniedziałek, 25 czerwca 2012

trochę o rozeznawaniu

Jak tak sobie z perspetkywy czasu patrzę na to, co kierowała mną, gdy wstępowałam to widzę, że byłam strasznie niedojrzała i tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy z tego, na czym polega życie zakonne! Nie znałam siebie, nie znałam życia ( wstąpiłam zaraz po maturze ) i nie do końca wiedziałam czego chcę od życia. Byłam zagubiona, z jednej strony cieszyłam się, że wstępują, a z drugiej coś tam w sercu mówiło, żeby tego nie robić, no, ale ja chciałam być "mądrzejsza od telewizora" i wstąpiłam. Wstąpiłam, mimo, że już w okresie aspirantury był moment, że chciałam się wycofać. Potem taki czas nastał w postulacie. Nie chcę wdawać się w szczegóły, ale przekonałam się na własnej skórze jaką krzywdę można wyrządzić komuś, gdy się przesadzi z psychologią, a za mało patrzy się sercem... Cierpiałam okrutnie, już się nawet spakowałam, tęskniłam za siostrą, która znała mnie od dawna i wiedziała o mnie wszystko. Wieczory i każdą wolną chwilę spędzałam przed Najświętszym Sakramentem, trwając sobie przy Jezusie i pisząc listy niewysłane do księdza - przyjaciela... Brr, do tej pory nie umiem spokojnie myśleć o tamtym czasie. Przetrwałam, ale zaczęłam się coraz bardziej sobie przyglądać i pytać Pana Boga czy faktycznie chce mnie w tym zakonie. Poza tym nie miałam takiego wewnętrznego przekonania, że to, co mam jest MOJE ( nie w sensie własności materialnej ). Trudno mi to ubrać w słowa, chodziło chyba o to, że czekałam na coś, na dzień w którym się obudzę i poczuję, że jestem u siebie, że tak - to jest MÓJ DOM i TUTAJ chcę zostać... Jak czytam świadectwa wielu osób konsekrowanych to tam się często pojawia stwierdzenie, że od razu wiedziały / czuły, że w danym zakonie chcą zostać, u mnie tego nie było. Już wiem, co chcę powiedzieć - w moim sercu za dużo było ZMUSZANIA SIĘ, a za mało CHCENIA. Być może wynikało to z tego, że życie zakonne mnie przerosło, tzn. było dla mnie trudniejsze niż się spodziewałam, że bedzie, a może po prostu zabrakło mi MIŁOŚCI ?
Marta

1 komentarz:

  1. Dzień dobry.
    Też mam na imię Marta:) Przed laty rozważałam wstąpienie do zakonu klauzurowego. Po rozeznaniu zostałam jednak przed murami klasztoru.
    Wierzę, że pragnienie całkowitego oddania Bogu jest możliwe w każdym stanie (zakonnym, małżeńskim, bezżennym...). Oddanie całkowite można realizować poprzez miłowanie w życiu codziennym każdego bliźniego - miłością Chrystusową.
    Pan Bóg szanuje nasze wybory. Wspiera, gdy poszukujemy. Jest z nami zawsze. Rozumie nasze rozterki. Rozumie etapy życia, które przechodzimy, procesy dojrzewania.
    Proszę być dobrej myśli. To wszystko, co być może jeszcze wydaje się dla Pani porażką, być może kiedyś odczyta Pani jako błogosławione doświadczenie. Ubogacenie. Łaskę.
    W sercu zawsze można być karmelitanką, kamedułką, klaryska. Liczy się przede wszystkim miłość. To, co zewnętrzne, nie jest aż tak istotne. Innymi słowy, w każdej minucie, w której pragniemy żyć w "ukryciu" w Bogu (jak np. siostry klauzurowe) i otwieramy na Niego serce, to oddanie dokonuje się w duszy w wierze (duchowo), choć zewnętrznie pozostajemy w świecie, poza murami klasztoru.
    Można być pięknym duchowo w każdym stanie życia.
    Bóg miłuje nas zawsze.

    Pozdrawiam serdecznie i zapraszam na swój blog:
    www.wiara-odwazna.blogspot.com

    Marta

    OdpowiedzUsuń