Pamiętam czas rozeznawania, co robić - wracać czy zostać we wspólnocie. Poszłam wtedy na rozmowę do kapłana, który prowadził u nas rekolekcje i opowiedziałam mu o swoich wątpliwościach, pytając jednocześnie co robić ( za niedługo miałam składać śluby ). I ten ksiądz mi powiedział, że mam się nie przejmować wątpliwościami, przystąpić do profesji i siedzieć na miejscu, bo wystąpić mogę zawsze, a teraz mam czekać. Poza tym, dodał, on nie zna ani jednej osoby, która by opuściła zakon i potem była szczęśliwa. No, takich słów to się nie spodziewałam! Nie mogłam się pogodzić z tym, co usłyszałam i po rekolekcjach poszłam z tym problemem do swojego spowiednika. Opowiedzialam mu o wszystkim, a jego odpowiedź była krótka: tamten ksiądz nie miał prawa mi czegoś takiego powiedzieć, to była czysta manipulacja. Pan Bóg nie opuszcza nikogo przez to, że się wystąpiło z zakonu, to absurd. Po to jest czas formacji początkowej, aby przyjrzeć się sobie, wspólnocie i powołaniu i rozeznawać czy to to, czy nie to. I odejścia są rzeczą naturalną. Najważniejsze jest to, aby prosić Pana Boga o prowadzenie, powierzać się Mu, szukac Go, a On zatroszczy się o całą resztę...
Nie mogę się pogodzić z jeszcze jedną rzeczą, a konkretnie z tym, że w niektórych wspólnotach zakonnych mówi się o osobach, które wystąpiły, że UMARŁY. No, ludzie kochani! To jest moim zdaniem absurd i niejako zaprzeczenie tego, że formacja początkowo służy rozeznawaniu! Postulat, nowicjat i juniorat służy właśnie temu, żeby ROZEZNAWAĆ i SZUKAĆ. Przecież gdyby było inaczej to śluby wieczyste składałoby się od razu i nikt by się nie bawił w formowanie przyszłych sióstr... Człowiek ma prawo do popełniania błędów, mało tego, one są wpisane w ludzką naturę, ale PAn Bóg pisze prosto po krzywych ludzkich liniach i potrafi wyprowadzić dobro z każdej sytuacji. Jeszcze jedna myśl - wydaje mi się, że określanie byłych sióstr jako tych, które "umarły" to po prostu nic innego jak przejaw tego, że siostry się obraziły, że ktoś się ośmielił od nich wystąpić i mają w nosie taką osobę. Wiem, brzmi to ostro, ale pewnych rzeczy nie potrafię zrozumieć... Przez jakiś czas żyło się razem, a potem nagle siostry zaczynają się zachowywać tak, jakby dziewczyny, ktora wystąpiła, w ogóle nie znały.... Smutne to, ale takie rzeczy się zdarzają, zwłaszcza wśród starszych sióśtr, jak wynika z moich obserwacji. Droga każdego czlowieka jest inna, każdy jest wolny i ma prawo do własnych wyborów czy to się komu podoba czy nie. Siedzenie w zakonie na siłę też jest bez sensu, ale kto wie ile jest takich sióstr, które zatruwają życie całej wspólnoty i swoje tylko dlatego, że nie miały odwagi odejść.. Wiem, znowu ostro to zabrzmiało, ale tak BYWA. A przecież życie w zakonie nie ma być przekleństwem tylko drogą, na której siostra osiągnie Boże Szczęście, krocząc za Jezusem.
Marta
Niedawno czytałam biografię św. Faustyny E. Czaczkowskiej. Była tam taka sytuacja, która mocno mnie zszokowała. Młoda siostra (przed ślubami wieczystymi) miała wątpliwości co do tego czy być w zakonie (określone w książce jako "pokusy przeciwko powołaniu") i Faustyna jej powiedziała, że jeśli wystąpi z zakonu będzie potępiona. Szok!
OdpowiedzUsuń