Dziś wspomnienie Św. Maksymiliana Marii Kolbego- który z rąk Matki Bożej przyjął dwie korony- koronę chwały i koronę męczeństwa- dla mnie ten Święty zakonnik to wzór, szaleniec Niepokalanej........ A jaki jest Wasz wzór do naśladowania???
Refleksje i przemyślenia istot, które opuściły zakonne mury, ale nie przestały szukać Chrystusa...
wtorek, 14 sierpnia 2012
Dziś gdy zastanawiałam się co napisać, przyszło mi na myśl aby przekazać Wam, że jestem szczęśliwa, nie żałuję czasu który spędziłam w klasztorze, nie żałuję również, że z niego odeszłam. "Bóg czyni wszystko we właściwym czasie" te słowa są mocne bo mi czasem wydaje się, że nie wszystko układa się tak jak powinno a jednak patrząc z perspektywy czasu widzę, że wszystko co się wydarzyło w moim życiu, zarówno te trudne jak i te radosne chwile były mi bardzo potrzebne i wydarzyły się we "właściwym czasie".
środa, 4 lipca 2012
To zdanie po odejściu z klasztoru usłyszałam od pewnej osoby którą bardzo cenię- dzięki nim się opamiętałam. Te słowa wydają się takie normalne a jednak wtedy miały dla mnie ogromne znaczenie sprawiły, że na prawdę otarłam łzy i z ufnością w to, że Bóg jest Miłością wkroczyłam w życie poza Wspólnotą. Nie becz tylko ufaj te słowa dziś kieruje do każdej dziewczyny która po odejściu z klasztoru przeżywa chwile załamania- Bóg jest Miłością i pragnie abyśmy byli szczęśliwi!!!
Kasia
wtorek, 3 lipca 2012
sobota, 30 czerwca 2012
Tak sobie myślę!!!
Kasia.
środa, 27 czerwca 2012
poniedziałek, 25 czerwca 2012
trochę o rozeznawaniu
Jak tak sobie z perspetkywy czasu patrzę na to, co kierowała mną, gdy wstępowałam to widzę, że byłam strasznie niedojrzała i tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy z tego, na czym polega życie zakonne! Nie znałam siebie, nie znałam życia ( wstąpiłam zaraz po maturze ) i nie do końca wiedziałam czego chcę od życia. Byłam zagubiona, z jednej strony cieszyłam się, że wstępują, a z drugiej coś tam w sercu mówiło, żeby tego nie robić, no, ale ja chciałam być "mądrzejsza od telewizora" i wstąpiłam. Wstąpiłam, mimo, że już w okresie aspirantury był moment, że chciałam się wycofać. Potem taki czas nastał w postulacie. Nie chcę wdawać się w szczegóły, ale przekonałam się na własnej skórze jaką krzywdę można wyrządzić komuś, gdy się przesadzi z psychologią, a za mało patrzy się sercem... Cierpiałam okrutnie, już się nawet spakowałam, tęskniłam za siostrą, która znała mnie od dawna i wiedziała o mnie wszystko. Wieczory i każdą wolną chwilę spędzałam przed Najświętszym Sakramentem, trwając sobie przy Jezusie i pisząc listy niewysłane do księdza - przyjaciela... Brr, do tej pory nie umiem spokojnie myśleć o tamtym czasie. Przetrwałam, ale zaczęłam się coraz bardziej sobie przyglądać i pytać Pana Boga czy faktycznie chce mnie w tym zakonie. Poza tym nie miałam takiego wewnętrznego przekonania, że to, co mam jest MOJE ( nie w sensie własności materialnej ). Trudno mi to ubrać w słowa, chodziło chyba o to, że czekałam na coś, na dzień w którym się obudzę i poczuję, że jestem u siebie, że tak - to jest MÓJ DOM i TUTAJ chcę zostać... Jak czytam świadectwa wielu osób konsekrowanych to tam się często pojawia stwierdzenie, że od razu wiedziały / czuły, że w danym zakonie chcą zostać, u mnie tego nie było. Już wiem, co chcę powiedzieć - w moim sercu za dużo było ZMUSZANIA SIĘ, a za mało CHCENIA. Być może wynikało to z tego, że życie zakonne mnie przerosło, tzn. było dla mnie trudniejsze niż się spodziewałam, że bedzie, a może po prostu zabrakło mi MIŁOŚCI ?
Marta
Marta
Subskrybuj:
Posty (Atom)





